Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Duch w maszynie - Blog Olafa Szewczyka Duch w maszynie - Blog Olafa Szewczyka Duch w maszynie - Blog Olafa Szewczyka

10.05.2013
piątek

Piękny przegrany Paul Miller

10 maja 2013, piątek,

 

To był piękny, romantyczny gest, ale czy miał jakąkolwiek szansę powodzenia?

30 kwietnia 2012 roku, na minutę przed północą Paul Miller odciął swój komputer od internetu. Łączący się z WWW smartfon zamienił na tradycyjną komórkę z małym ekranem wyświetlającym podstawowe komunikaty. 26-letni dziennikarz popularnego serwisu technologicznego TheVerge.com, w sieci od 12. roku życia, zarabiający dzięki niej już jako 14-latek, postanowił permanentnie się wylogować.

Czuł się wypalony. Miał dość życia pod presją: w rytm maili, Facebooka i Twittera. Egzystencja w sieci wydawała się naskórkowa, pozorna. Dręczyło go poczucie, że umyka mu coś cennego, czego nie ma szansy zdobyć w internecie. Że powinien to odnaleźć. Chciał odnaleźć prawdziwego Paula Millera.

Po roku napisał w The Verge: „Myliłem się”.

Postanowił znów żyć online.

 

 

Paul Miller (fot. Michael B. Shane, za TheVerge.com)

 

Jak tłumaczy, początkowo wszystko szło dobrze. Zaczął jeździć na rowerze, wyszczuplał, w towarzystwie innych ludzi przestał uciekać w ekran smartfona niczym ślimak do skorupy. Wcześniej przeczytanie dziesięciu stron „Odysei” to było wszystko, na co mógł się zdobyć przy typowych dla nałogowców internetu problemach z koncentracją – teraz bez trudu dobijał do setki. Napisał pół powieści science-fiction, a eseje dla The Verge (serwis płacił mu nadal – za relacje, jak wygląda egzotyczne życie poza siecią) według szefa były lepsze niż teksty, które pisał wcześniej.

Potem jego życie ponownie zaczęło się psuć. Znów marnował bezmyślnie czas, znów wolał sofę od roweru, znów zaczął psuć relacje z bliskimi sobie ludźmi. Jak przyznał, nie takiego Paula spodziewał się spotkać na końcu obranej drogi.

Uznał, że to nie sieć była źródłem problemów, które miał ze sobą, lecz on sam. Że w bilansie zysków i strat ostatecznie nie wyszedł po tym rozwodzie na plus.

Powrót Paula Millera odbił się echem. Większym chyba nawet niż jego odejście. W tonie komentarzy można nierzadko wyczuć jawną lub skrywaną satysfakcję. Chciał być, szczeniak jeden, lepszy niż my, swoim przykładem punktował nasze rzekome błędy i słabości, a tu proszę – zrozumiał syn marnotrawny, że błądził. Zagubiona owieczka zasłużyła na włosiennicę w ramach pokuty za porzucenie wspólnoty, ale chyba możemy jej jednak wspaniałomyślnie darować – widać, że chłopak miał problemy ze sobą, pewnie cierpiał na depresję. Jakiś dobry psycholog jest mu potrzebny, a nie odwyk od internetu.

Ja jednak chylę czoło przed Millerem za tę próbę, bo świetnie rozumiem jego intencje. Miewam podobne lęki i wyrzuty sumienia. Tak szczerze – czy jest wśród Państwa ktoś, kto nigdy nie czuł się winny, że marnuje kolejne godziny na przypadkowe klikanie w odnośniki donikąd? Na czytanie bezużytecznych lub wręcz kaleczących swą głupotą treści? Czy nie łapaliśmy się wszyscy na przygnębiających refleksjach, że za sprawą nawyku kicania w sieci z kamyczka na kamyk coraz trudniej jest nam się skupić na długich, wymagających tekstach, na przykład dobrej prozie?


„Finding Paul Miller”, za TheVerge.com

Patrzę na zdjęcie Millera w jego jaskini, przy ławie zawalonej książkami. W stosiku zwieńczonym klasykiem Philipa K. Dicka, który zainspirował Ridleya Scotta do nakręcenia „Blade Runnera” (Paul, trzymam kciuki, aby Twoja powieść odbiła się równie głośnym echem), dwa piętra pod „Państwem” Platona, druga od dołu spoczywa „The Shallows” Nicholasa Carra. Książka, która po prostu musiała się na tej ławie znaleźć. Czego nie widać na jej grzbiecie, bo zabrakło miejsca: nosi podtytuł „What the Internet Is Doing to Our Brains” („Co internet robi naszym mózgom”). Miller ze swoim strachem nie był pierwszy; to Carr ujął nasze lęki w słowa, potwierdził złe przeczucia badaniami. Dzwony biją na alarm nie od dziś.

W stosiku lektur Paula Millera mogłaby znaleźć miejsce także inna ważna książka o niebezpieczeństwach cywilizacji technicznej. Napisana przez człowieka, który też odciął się, uciekł, by odnaleźć siebie. To „Walden” Henry’ego Davida Thoreau.

Miller to bowiem, z zachowaniem proporcji, Thoreau naszych czasów. XIX-wieczny amerykański filozof szukał prawdziwego siebie w prostocie życia zgodnego z naturą. Bez udogodnień oferowanych przez cywilizację, postrzeganych przezeń często jako zbędne, za to zniewalające, odbierające nam czas i możliwość realnego sterowania własnym życiem. Thoreau w swojej skromnej leśnej chatce nad jeziorem Walden spędził dwa lata, dwa miesiące i dwa dni (z przerwą na górską wyprawę), po czym przeprowadził się do miasta – na prośbę swego przyjaciela, Edwarda Waldo Emersona, by zaopiekować się jego rodziną. Znaczące jednak, że do dawnego trybu życia już nie wrócił.

Miller podążył podobną ścieżką. Z podobną intencją. Motywowany tym samym poczuciem utraty, przeciekania przez palce czegoś szalenie istotnego. Obaj przegrali, ale pięknie. I obaj z pewnością wyciągnęli z tych doświadczeń wnioski, dzięki którym zyskali szansę na życie pełniejsze, bardziej świadome.

Obaj też zasługują na szacunek, nie szyderstwa lub lekceważenie. Na podstawie ich doświadczeń możemy się czegoś nauczyć.

Wszyscy bowiem jesteśmy poniekąd Paulami Millerami. Nie wszyscy mamy jednak determinację i odwagę, by przyjrzeć się sobie z zewnątrz, ze świata offline – by choć próbować dostrzec bez filtrów, co dla nas oznacza internet. Jakie realnie niesie szanse, ale i zagrożenia. A bez tego trudno znaleźć złoty środek. Bo przecież nie chodzi o to, by się na amen wylogować, ale by zachować proporcje. Minimum higieny, by się tym cudnym internetem samemu nie krzywdzić.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php